Unique L - 7,65 mm

Krnąbrny Francuzik,

 

czyli mały Unique mod. „L” w kal. 7,65 mm

 

 

 

            Zacznę z grubej rury, choć kaliber w przypadku francuskiego projektu raczej malutki – w subiektywnej opinii to jedna z najbardziej wstecznych konstrukcji drugiej połowy XX wieku. Wydaje się, że pistolet został zaprojektowany przez stażystę, na dodatek stażystę z szerokimi plecami, zza których ktoś uparcie szeptał: „Ma być jak sprzed wojny, i żeby ciężki był, i bez samonapinania, koszty się nie liczą, bo państwo płaci, a i ładny być też nie musi, bo do końca roku są pieniądze i trzeba gdzieś to wydać… I taki jest Unique z serii „L” w kalibrze 32 ACP, chyba żeby poddać go kilku zabiegom kosmetycznym i wykorzystać w nim to, co konstrukcyjne solidne i mocne.

 

             Pistolet dostaliśmy do testu kilka lat temu, jako broń bez śladów zużycia, fizycznie w stanie magazynowym. I tyle pociechy, bo o ile, pistolecik sprawiał wrażenie raczej pozytywne, szczególnie, że jego mniejszy braciszek w lilipucim kalibrze 25ACP w testach wypadał świetnie, to praktyczne testy uwidoczniły natychmiast niezwykłe wady. Broń zaskoczyła spustem tak twardym, że udaliśmy się zaraz do rusznikarza w celu jego „zmiękczenia”. Spust jednak to była „Mała Miki”, bo po „żelaznym” wyciskaniu języka, zaczęła wypadać szczerbina dość luźno osadzona na jaskółczym ogonie. Po szczerbinie przyszła kolei na magazynek, który należało „wygrzebywać” siłą ze względu na niedokładnie wyfrezowane gniazdo. No niby niewiele jak na broń równoważną cenie świątecznych zakupów w supermarkecie. Tanim kosztem spust został wypolerowany przez rusznikarza, szczerbina chałupniczym sposobem wbita „na amen”, a gniazdo samodzielnie wyszlifowane.

           Kolejna wizyta na strzelnicy ujawniła problem poważniejszy, bo po oddaniu kilku strzałów zaczęła wypadać płytka oporowa iglicy, zawieszając się na kurku i blokując zamek w tylnym położeniu. Tyle dobrze, że nie wypadła z impetem w oczy strzelającego… Kolejne strzały zdumiały testującego, bo pękł zaczep spustowy, na którym spoczywał napięty kurek. Nie wiemy, co było przyczyną - najprawdopodobniej błąd rusznikarski i nazbyt mocny tuning spustu, choć nie wykluczamy materiału o niskiej wytrzymałości. Fakt faktem, że broń wymagała kolejnej interwencji fachowca. Tutaj próbowano zaradzić również wypadającej płytce oporowej iglicy, dorabiając nową iglicę, o nominalnie większej średnicy – co jednak zupełnie nie pomogło. Po odbiorze broni, udaliśmy się na kolejne testy, które tym razem ujawniły kuriozalne wady – pękły plastikowe okładki, co aż tak nie zdziwiło, bo w miejscach przekazywania energii na chwyt konstrukcja wymuszała ich cienkościenne powierzchnie...

 

           Człowiek jest jednak z natury uparty i pomimo ewidentnych wad, postanowił reanimować krnąbrnego pacjenta. Bądź co bądź, konstrukcja wykorzystywała klockowate, frezowane podzespoły, mocną lufę i skrajną prostotę. Na co należy zwrócić uwagę – Francuzi tworzyli broń w końcu lat 60 – tych, uwsteczniając ją do czasów przedwojennych! Konserwatyzm a nawet spartańska surowość były uderzające. Co miałoby się jednak jeszcze psuć w pistoleciku składającym się z kilkunastu części, bez samonapinania, na swobodnie odrzucanym zamku? Brnęliśmy dalej w nadziei, że broń okaże się tak przyjazna jak mniejszy braciszek w 25ACP…

            Jak wspomnieliśmy – marnej jakości plastikowe okładki pękły w miejscu górnej śruby przy styku z bezpiecznikiem oraz na dole przy zatrzasku magazynka. To akurat nie dziwiło i można to było w projekcie przewidzieć. Jednak po kolejnych strzałach okazało się, że brakuje też śruby utrzymującej felerne okładziny! I szukaj wiatru w polu, igły w stogu siana – a trawsko na osi tego lata było po kolana... Na domiar złego dwie śruby inne i dwie inne – jedna niby normalna, ale druga to mistrzostwo komplikacji, z podwójnym toczeniem pod kapeluszem i jeszcze na dodatek krótsza. Rzuciliśmy, określając najgorszymi epitetami, niewdzięczne żelastwo w kąt. I przeleżał nasz Francuz w ciepełku szafy długo…

             Ale, że człowiek to zwierzę uparte, po raz kolejny sięgnął po krnąbrnego pacjenta. I otrzymał nasz „chory – najchorszy” porcję medykamentów kolejną: otwory pod śruby zyskały zupełnie nowe gwinty i złote lub srebrne śruby; płytka oporowa została zwyczajnie „spunktowana” w miejscu łączenia z zamkiem; a nowiuteńkie, polerowane do idealnej gładzi okładki z wąsatego orzecha odmieniły zupełnie Kopciuszka... Okazało się, że pacjent zyskał drugie życie, stał się niezwyczajnie piękny, a na strzelnicy zaczął zachowywać się jak młody źrebak. Strzelał bez zadyszki, na dodatek celnie, a dzięki grubszym, orzechowym okładkom świetnie leżał w ręku. Magazynek dał się obsługiwać bezboleśnie, płytka oporowa ani drgnęła, śruby przestały się odkręcać, a broń w orzechowym fraku zyskała rzadkiego sznytu. Nie można było tak od razu?

              Z drugiej strony nasuwa się pytanie, dla kogo i w jakim celu powstał projekt wykorzystujący rozwiązania techniczne, nabój i estetykę z lat dwudziestych ubiegłego wieku? Czy to broń dla policji, oficerów, notabli, użytkowników cywilnych? Trudno mówić o konkretnych zastosowaniach małej „eLki” – do sportu na pewno nie, do walki też, dla okraszenia munduru – nie, w defensywie to zupełna pomyłka.

            Pistolet technicznie wykorzystuje te same rozwiązania co testowany kiedyś Mikros 25 ACP. Mamy więc jednorzędowy magazynek mieszczący 7 nabojów; zamek ryglowany masą własną; brak samonapinania; bardzo trudny w obsłudze bezpiecznik skrzydełkowy blokujący jednocześnie zamek w tylnym położeniu i pozwalający na częściowe rozłożenie broni; klockowate i szerokie przyrządy celownicze; pozycję zabezpieczającą na występie kurka; drażniący i zbędny bezpiecznik magazynkowy; brak otwartej pozycji zamka po ostatnim strzale; bezsensowny guzikowy zatrzask magazynka w bocznej ściance chwytu; szynę spustową pracującą nad lewą częścią chwytu, która niestety komplikuje budowę okładek chwytu, powodując w tym miejscu ich osłabienie. Broń jest dość pękata i ciężka, pomimo niewielkich przecież rozmiarów. Masa pistoletu w stanie załadowanym to aż 700 gramów, magazynek waży ok. 100 gramów. Długość Unique’a wynosi niewiele ponad 140 mm, zaś wysokość to ok. 95 mm. Krótki chwyt i brak magazynków z kopytkiem wymuszają trzymanie w czterech palcach. Sama obsługa i wymiana magazynków jest utrudniona przez boczny zatrzask i haczenie magazynków w chwycie. Oryginalne, plastikowe okładki mają tendencję do pękania w newralgicznych punktach, są poza tym brzydkie i niewygodne. Mocna sprężyna powrotna powoduje trudności w przeładowaniu broni z opuszczonym kurkiem; można tutaj sobie pomagać pozycją kurka na zębie zabezpieczającym, ale przeciągnięcie zamka przez słabszą osobę i tak jest mało prawdopodobne. I jeszcze ta mała siódemka, która jest nabojem starodawnym i nie ma dzisiaj wielkich szans w konkurencji z szybką dziewiątką Lugera, Shortem czy choćby Makarowem...

 

               Co ciekawe broń była oferowana również w mocniejszym kalibrze 9x17 Browning i tutaj byłaby zdecydowanie bardziej atrakcyjna; a także w sportowej wersji 22LR. Z drugiej strony, skoro wymienione wady wystąpiły w słabszej siódemce, to ewidentnie bylibyśmy świadkami spotęgowanych problemów w mocniejszym kalibrze. Niespodzianką jest też fakt produkowania zestawu konwersyjnego Combo, który w dość prosty sposób pozwalał zmienić pistolet w karabinek. Konwersja wykorzystywała długą lufę osadzoną w drewnianym łożu, w które wpychało się pistolet oryginalny pozbawiony wcześniej macierzystej lufy. Broń wykorzystywała identyczną, tyle że długą lufę blokowaną w szkielecie i zamku podstawowej broni. Jak z celnością, zacięciami, ogólnymi problemami – nie wiemy, zestaw nie był raczej nigdy dostępny w Polsce, a i za granicą jest zestawem kolekcjonerskim. Widzieliśmy też w ofercie Unique’a w wersjach z tradycyjnymi, dłuższymi nieco lufami, które aż prosiły się o zewnętrzne gwinty do tłumików. Wystarczyłoby przecież wyciągnąć muchę mocno ponad lufę, wymienić szczerbinę i broń mogłaby cieszyć się popularnością, szczególnie w kalibrze sportowym. Walthery PPK były oferowane fabrycznie w takich wersjach. Ale PPK to zupełnie inna liga i klasa broni, pomimo że ten oferowany był od końca lat 20 – tych.

 

           Podsumowując, Unique „L”, po wielu niespodziankach i samodzielnym tuningu stał się bronią bardzo przyjemną w użytkowaniu, szczególnie po wyposażeniu w piękne, orzechowe i grube okładki. Nie wykluczamy też zupełnego przypadku, bo może akurat nam trafił się dość felerny egzemplarz, który z czasem dorósł do nowego „ubranka”. Fora zachodnie raczej chwalą pistolet za prostotę, niezawodność i niskie koszty zakupu. Tutaj należy zaznaczyć, że pistolet odstrzeliwał bez zacięć każdą kulę, również JHP czy XTP z wybraniami wierzchołkowymi. Jeśli chcemy posiadać broń do samodzielnego dopracowania i zabawy na strzelnicy, możemy zaryzykować, szczególnie, że koszty zakupu są niskie. Pistolet na pewno jednak nie sprawdzi się w defensywie ze względu na słaby nabój, pękate kształty i dużą masę – od broni tej kategorii oczekujemy wagi poniżej 500 gramów w stanie załadowanym.