PPS wz. 1943
2025-03-16 19:32
Wz. 43
PPS – czerwony, wściekły pies…
Pasuje do niego ten przydomek jak ulał, szczególnie kiedy wziąć pod uwagę z kim i z czym kojarzymy następcę radzieckiej „pepeszy”. PPS – a w pierwszej kolejności otrzymali przecież żołnierze AL, a po wojennej pożodze milicyjni i bezpieczni towarzysze, kochankowie jedynego i sprawiedliwego ustroju, którzy z lubością dokonywali czystek na strzępkach Armii Krajowej. PPS, historycznie otrzymał nader tragiczne znamię, choć w prywatnej ocenie to najlepszy pistolet maszynowy końca II wojny światowej...
Współcześnie, pistolet maszynowy Sudajewa, czyli PPS wz. 1943 nie ma oczywiście żadnych szans w kategorii broni automatycznej strzelającej nabojem pistoletowym. Nie można ukryć jego archaicznych rozwiązań, sporej masy, gabarytów, przestarzałej już amunicji, przeciętnej celności i ergonomii. Jeśli jednak cofnąć się do roku 1944, nakryć się bieszczadzkim czy biłgorajskim lasem, przycupnąć na połoninie po wielogodzinnym pochodzie, to można docenić jego zalety względem broni Szpagina, Mosina czy Mausera. Blaszany składak z zapasem kilku magazynków szybkiej siódemki Tokariewa nie ciążył i nie zawadzał aż nadto, a robotę swoją wykonywał z nawiązką. Niska szybkostrzelność na poziomie 550 pocisków na minutę pozwalała trafić sylwetkę i na ponad stu metrach, a niezawodność i prostota okazywały się bezcenne w każdych warunkach polowych. Bo co można zepsuć w broni składającej się z niespełna 40 elementów? Usunąć zacięcie – żaden problem; zasypać przeciwnika serią – żaden problem; wyczyścić – żaden problem; przybić gwoździe – żaden problem. A gdyby amunicji zabrakło, to radziecka myśl techniczna idzie w sukurs, bo ciężar i budowa pozwolą na użycie broni jako maczugi... PPS sprawdzał się wszędzie, i w okopach, i w lesie, a szczególnie w mieście. Obsługiwać PPS – a nauczyć się można było w kilka minut: rozkładanie, składanie, wymiana magazynków, czyszczenie nie sprawiały problemów najbardziej opornemu i bezmyślnemu żołdakowi. PPS wz. 43 jest prawie tak prosty jak budowa cepa – strzela z zamka otwartego, ma wręcz prymitywny mechanizm spustowy przystosowany tylko do ognia ciągłego, wymagający siły przesuwny bezpiecznik blokujący spust i zamek w obu położeniach, składaną kolbę, perforowaną osłonę termiczną lufy z otworami, kształtowany z blachy hamulec wylotowy. Broń jest w miarę bezpieczna, jeśli pamiętać o pewnych wadach zamka otwartego. Sama, raz do roku strzela, gdy zostawimy zamek odciagnięty w tylne położenie, z podpiętym magazynkiem i bez blokady owym blaszanym, tępym i niewygodnym bezpiecznikiem. Wystarczy pamiętać o podstawowych zasadach bezpieczeństwa i zamek trzymać w przednim położeniu na pustej komorze nabojowej – to nie jest broń typu „załaduj i zapomnij”. Sam zamek to frezowany, stalowy, ciężki kloc utrzymywany tylko na zaczepie sterowanym spustem; broń ma duże luzy wewnątrz komory zamkowo – spustowej; przypadkowy wystrzał na otwartej komorze nabojowej jest bardzo prawdopodobny. Szczególnie, że w naszym egzemplarzu bezpiecznik działa fatalnie i nie zawsze jesteśmy pewni wymaganej od niego funkcji. Rada więc prosta, jeśli chcesz strzelać z PPS wz. 43 – załaduj i podepnij magazynek, odciągnij rączkę zamkową i strzelaj… Krótkie ściągnięcie spustu – padnie krótka seria, a po ćwiczeniach może nawet pojedynczy strzał; długi nacisk na język spustowy – pójdzie seria kilkunastu pocisków. Ot i cała radziecka filozofia.

Broń jest mistrzem prostoty i o to zawsze idzie w broni wojskowej, czyli projektowanej na wojnę - nie do sportu i rekreacji, przeznaczonej do walki w każdych warunkach. W automacie Sudajewa nie ma miejsca na komplikacje. Broń docelowo miała być prostsza, lżejsza, bardziej niezawodna i tańsza w produkcji od pistoletu maszynowego Szpagina. Na „pepeszę” szło 14 kg stali i ponad 7 maszynogodzin obróbki, zaś na broń Sudajewa ponad połowę materiału mniej, bo ledwie 6 kg i tylko 2,7 maszynogodziny. PPS wz. 43 był prostszy, tańszy, technologicznie nowocześniejszy.
Pomijając jednak historyczną drogę do sukcesu pistoletu maszynowego Sudajewa, otrzymaliśmy do testów broń z roku 1953 wyprodukowaną na licencji w Kombinacie Maszyn Włókienniczych „Wifama” w Łodzi – owalny symbol „53”. Oryginał został jednak pozbawiony możliwości prowadzenia ognia ciągłego, a poczyniono to w sposób ordynarny przez pewną stołeczną rusznikarnię. Naniesiono szereg współczesnych oznaczeń na istotne części, co na wstępie zabiło ducha historycznego broni. W kolejności przerobiono cały mechanizm spustowy, dodając stalowy blok z przerywaczem ognia ciągłego i wycinając kanał w zamku dla tego przerywacza. Dodano też nowoczesne śruby z łbem pod klucz ampulowy utrzymujące tenże mechanizm. Prawdopodobnie podczas modyfikacji zniszczono oryginalne nakrętki okładek chwytu pistoletowego, bo pod nimi znajdują się kolejne śruby trzymające blok mechanizmu. Prawdopodobnie zmieniono też lufę i kołek osi łączącej komorę spustową z komorą zamkową. Sama lufa ma inną numerację niż oryginalna komora zamkowa i zamek. Broń na szczęście wciąż strzela z zamka otwartego i zachowała oryginalne wykończenie w połyskującej oksydzie.

Wracając do praktycznego użycia broni, zauważymy szereg mankamentów uderzających współczesnego strzelca. Sudajew jest ciężki, i choć w porównaniu z „pepeszą” wypada lepiej, to prawie 3900 g z załadowanym, długim magazynkiem nie wprawia w zachwyt. Z drugiej strony broń jest bardzo stabilna przy strzale, odrzut i podrzut są wręcz komfortowe (jednak to wciąż ogień pojedynczy). Masa broni bez magazynka spada do ok. 3260 g. Tutaj przychodzi analogia do platformy AR – 15, choćby w postaci DB 15 doposażonego w kolimator, który w stanie załadowanym waży prawie tyle samo…

Jeśli spojrzeć pod kątem gabarytów i ogólnej ergonomii, jest już nieco lepiej, bo wz. 43 ze złożoną kolbą ma tylko 61 cm długości. Zaletą jest też pozbawienie broni ostrych krawędzi i zadziorów, co nie jest regułą w broni radzieckiej. Sprytnie składana kolba to również wielki atut pistoletu maszynowego. Pozwala na skryte przenoszenie i łatwy transport; broń w stanie złożonym wygląda też naprawdę zgrabnie. Z kolei wersja ze stałą kolbą drewnianą wz. 43/52 jest nieprzyzwoicie brzydka, przyczynia się jednak do precyzyjniejszego strzelania na większe odległości.
Z naszej wersji uzyskiwaliśmy przeciętne wyniki na tarczy – z odległości 50 metrów, w stabilnej postawie, nie sposób nie trafić w popiersie NT 23P, jednak o wyborowym skupieniu należy zapomnieć. „Kastrowany” zamek waży 545 g, a opór języka spustowego wychodzi poza zakres miernika 6 kg – ten bardzo toporny zestaw nie idzie w parze z sukcesami strzeleckimi. Broń została jednak zaopatrzona w pełni regulowane przyrządy celownicze – mucha jest wkręcana na wysokość i przesuwana na boki (identycznie jak w karabinkach z rodziny AK - 47); szczerbina ma dwie nastawy – na 100 i 200 metrów oznaczane jako 10 i 20. Nie oczekujmy jednak od broni maszynowej, strzelającej nabojem pistoletowym, wysokiej celności. PPS wz. 43 jest w miarę potrzeb celny na odległościach ok. 100 metrów. Powyżej tej wartości celność spada z oczywistych względów konstrukcyjnych broni. Ponoć są lub były dostępne wersje eksportowe do USA, przerabiane do strzelania z zamka zamkniętego, jednak nie znaleźliśmy zbyt wielu szczegółów na ten temat. Amerykanie, w przestrzeni internetowej, czasem testują takie wersje - nawet doposażone w tłumiki dwięku.

Tutaj należałoby zaznaczyć, że skuteczne rażenie celu przez płaskotorowy i szybki nabój Tokariewa wynosi ponad 500 metrów i zamek zamknięty faktycznie mógłby odmienić tę broń. Wydaje się, że najgorzej ulokowanym elementem wz. 43 jest właśnie nabój pistoletowy kalibru 7,62 mm o prędkości ponad 400 m/s i sporej energii wylotowej wynoszącej nawet 700 J. Problem w tym, że szybki i lekki pocisk przebijał cele, ale nie oddawał pełnej energii kinetycznej podczas trafienia. Wartość obalająca była niższa w porównaniu z cięższym 9 mm pociskiem Lugera czy 45 – tką Colta. Szkoda, że Rosjanie byli skazani wyłącznie na rodzime projekty, bo PPS strzelający 9 – tką Lugera był zdecydowanie bronią ciekawszą.
Po rozum do głowy poszli Finowie, którzy w radzieckim opakowaniu dokonali przeróbek i stworzyli udaną nielicencyjną kopię w postaci M/44. W kalibrze 9 mm PPS z powodzeniem wykorzystywał cięższy pocisk na odległościach przystosowanych do swego docelowego przeznaczenia z uwzględnieniem mankamentów konstrukcji. Podstawowym polem działań pistoletu maszynowego PPS wz. 43 jest zakres walki do 100 – 150 metrów i na tych odległościach można wykorzystać z sukcesem otwarty zamek, krótką linię celowniczą, toporny spust i siłę ognia ciągłego/seryjnego. 9 – tka Lugera na tych dystansach jest skuteczniejsza od 7,62x25 Tokariewa. Podczas II wojny światowej nie używano powszechnie lekkich pancerzy do ochrony osobistej, a w tym zakresie miał zdecydowaną przewagę pocisk 7,62 mm. Stąd możliwości szybkiego, celnego i rażącego pancerz naboju Tokariewa nie były wykorzystane w pełni. Swój renesans nabój 7,62x25 przeżywał w latach 90 – tych XX wieku, kiedy zaczął być na powrót używany przez przestępców właśnie do przebijania lekkich kamizelek kuloodpornych. Znane są fatalne w skutkach przypadki wykorzystania tej broni w starciach z polską policją i w porachunkach gangsterskich. Do dnia dzisiejszego istnieje ścisła klasyfikacja lekkiego opancerzenia ze szczególnym uwzględnieniem pocisków pistoletowych 7,62 mm Tokariewa, które nierzadko okazują się bardziej niebezpieczne od półpłaszczowych, ciężkich pocisków w nabojach typu Magnum.
Podsumowując, wz. 43 jest bardzo udaną bronią, jeśli nie najlepszym pistoletem maszynowym II wojny światowej. Posiada wszystko, czego oczekiwano od podręcznej broni automatycznej: skuteczność w walce, szczególnie na niedużych dystansach i w warunkach zwartej zabudowy miejskiej; dużą siłę ognia; szybkość produkcyjną i nowatorstwo technologiczne połączone z niezawodnością działania. Niezawodność z kolei została osiągnięta prostotą konstrukcji – PPS miał prawie dwukrotnie mniej części od niemieckiego MP 38 czy MP 18, był też dwukrotnie tańszy w produkcji od broni Szpagina. Okazywał się świetnym kompanem zarówno dla szeregowych piechurów, partyzantów, jak i wyspecjalizowanych komandosów.

Współcześnie, PPS wz. 43 stanowi nie lada gratkę dla kolekcjonerów i strzelców – raz ze względu na bardzo niską cenę; dwa – na niezaprzeczalne walory historyczne; trzy – broń sprawia wielką frajdę na strzelnicy nawet w prezentowanej, orydarnie "kastrowanej" wersji. Na koniec należałoby tylko rzucić choć kilka gorzkich słów w stronę firm modyfikujących broń na ogień pojedynczy, które właśnie nijak odnoszą się do potrzeb rynku kolekcjonerskiego i tną, wyrzynają, sygnują, pieczętują bez wstydu i skrupułów...

